Rodzina Łucji

 

I. Światło Fatimy. Ufność w Bożą Opatrzność Rodziny Łucji w czasie epidemii.

 

Siostra Łucja wspominając swoją Matkę tak opisuje czas epidemii i postawę matki służącej chorym:

 

„Ludzie często przychodzili do mojej Matki, kiedy ktoś zachorował. Matka zostawiała wszystko i szła, a to, co było do zrobienia w domu, pozostawiała jednej ze starszych sióstr.

 

Pamiętam, jak pewnego dnia była u nas w domu chrzestna Teresa. Rozmawiała z Matką, kiedy przyszedł mały chłopiec, syn ciotki Prazeres (Maria de Prazeres, żona Manuela Goncalves da Silva), z pierwszego domu po lewej stronie za naszym domem, idąc w stronę Casa Velha. Prosił Matkę, żeby poszła do ich domu, bo jego mama zachorowała. Moja Matka od razu zebrała się do wyjścia.

 

Chrzestna Teresa powiedziała wtedy:

- w ten sposób, kochana, to się wykończysz. Wszystkim chcesz pomóc!

Matka odpowiedziała:

- Dajcie spokój, ja pomogę innym, a Bóg pomoże mnie.

Jeśli ktoś przychodził po Matkę w nocy, to drzwi otwierał Ojciec. Budził Matkę i, kiedy ona się ubierała, zapalał lampę, aby oświetlała sobie nią drogę.

 

 Dom Łucji w Aljustrel

 

W 1918 roku, kiedy panowała epidemia (zapalenia płuc).w domu byli tylko rodzice, brat Manuel, siostra Gloria i ja. Moja siostra Karolina była, zdaje się, w Leirii. Epidemia dotknęła prawie wszystkich. Matka i moja siostra Gloria chodziły od domu do domu i opiekowały się chorymi. Pewnego dnia wujek Marto, powiedział Ojcu, żeby nie pozwalał Matce ani córkom chodzić do domów chorych i zajmować się nimi, ponieważ to zakaźna choroba i my też możemy zachorować.

 

Wieczorem, po powrocie do domu, Ojciec zabronił Matce i córkom chodzić do domów chorych i opiekować się nimi. Matka wysłuchała w milczeniu wszystkiego tego, co Ojciec miał do powiedzenia, a potem rzekła:

- Słuchaj, masz rację. Jest właśnie tak jak mówisz. Ale, pomyśl, czy możemy pozwolić umrzeć ludziom, którym nie ma kto podać szklanki wody? Lepiej idź ze mną i zobacz jak się mają ci ludzie, i czy możemy ich opuścić.

I wskazując na wielki rondel stojący na piecu, powiedziała:

- Widzisz ten rondel? Jest pełen kur. Niektóre nie są nasze; przyniosłam je z domów chorych, bo naszych by nie wystarczyło. Gotuje się tam rosół. Mam też małe garnuszki, które przyniosłam z ich domów, żeby zanieść w nich zupę. Jeśli zechcesz pójść ze mną, pomożesz mi roznieść garnki z zupą i, przy okazji, zobaczysz. Potem zadecydujemy co dalej robić.

 

Ojciec zgodził się. Napełnili garnuszki rosołem i poszli oboje, każde z dwoma koszami. Niedługo potem, przyszedł Ojciec z niemowlakiem w kołysce i powiedział do Glorii i do mnie:

- Zajmijcie się tym dzieckiem. Jego rodzice oboje leżą w łóżku, mają gorączkę i nie mogą się nim zajmować.

Wyszedł i za chwilę znowu wrócił z dwójką dzieci, które już chodziły, ale nie umiały się jeszcze sobą zająć, i powiedział:

Zajmijcie się jeszcze tymi dwoma, bo ciągle płaczą przy łóżku rodziców, a oni mają gorączkę i nie mogą się nimi zająć. I tak przyprowadzał coraz więcej dzieci. Nie pamiętam ile ich było.

 

Następnego dnia przyszli powiedzieć, że także w domu cioci Olimpii wszyscy leżą w łóżku z gorączką. Moi rodzice poszli, aby się nimi zająć. Wkrótce im się polepszyło, ale u niektórych gorączka na zawsze pozostawiła ślady. Przez to czworo umarło jedno po drugim: Franciszek (4 kwietnia 1919), Hiacynta (20 lutego 1920), Florinda (7 maja 1920) i Teresa (3 lipca 1921).

 

 Dom Franciszka i Hiacynty w Aljustrel

 

W tych dniach moi rodzice nie robili nic innego, jak tylko chodzili od domu do domu i opiekowali się chorymi. Ojciec z bratem Manuelem zajmowali się również zwierzętami, które zamknięte w zagrodach ryczały z głodu; doili je, a mleko dawali chorymi dzieciom. Niemowlęta karmiono też zupą z chleba rozmoczonego w rosole z kur; starszym dzieciom dawano mięso z rosołu z ryżem i to samo chorym, którzy powracali do zdrowia.

 

Potrzeba niesienia pomocy była tak wielka, że moi rodzice nie wahali się wysłać mnie na kilka dni do domu pewnej wdowy. Mieszkała ona z synem, który chorował na gruźlicę w ostatnim stadium. Kobieta ta mogła trochę odpocząć, wiedząc, że ma do pomocy 11-letnie dziecko, które poda jej synowi szklankę wody lub miskę zupy, przywoła matkę, jeśli syn będzie czegoś potrzebował. Nie pamiętam jak nazywała się ta kobieta, ani jej syn, ale pamiętam gdzie mieszkali. Ich dom znajdował się między domem cioci Olimpii a domem kowala. Z drogi wchodziło się do niego po kamiennych schodach. Chory chłopak spędzał całe noce siedząc w łóżku, oparty o poduszki, oddychając z trudnością. Czasami przynosiłam z kuchni wachlarz i wachlowałam go, żeby miał więcej powietrza. Zawsze bardzo się cieszył, kiedy mnie widział i mówił, że wtedy czuje się lepiej.

 

Mówiono też mojemu Ojcu, że to zbyt śmiałe pozwalać mi chodzić do tego domu, bo mogę się zarazić. Ojciec odpowiedział:

- Pan Bóg nie odpłaci mi złem za dobro, które czynię dla Niego!

I tak się też stało. Ufność nie zawiodła mojego Ojca, bo mam prawie 82 lata (tekst wspomnień pisany w 1989 roku) i nigdy nie odczułam najmniejszego śladu tej choroby”.

 

Wspomnienia Siostry Łucji z Fatimy, cz. II, Fatima Portugalia 2003, s. 18-21.

 

 

  

 

POWRÓT

Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony! .